Przeszedł przez Rynek. Bruk był mokry po deszczu. Kałuże odbijały niebo.
Czynsz od Salogi wystarczał na życie. Ale wieczory były długie. I nikt nie pytał, czy coś się stało.
Mówili jednym głosem, tym samym słowem, tym samym gestem. Dla nich Stefa była kimś z zewnątrz.
W tym mieście wiedzieli, kim są — Niemcy w Niemczech, u siebie. Ona, wdowa bez narodowości — nie umiała powiedzieć, gdzie jest jej miejsce.
Miasto coraz wyraźniej dzieliło się na „swoich" i „obcych". Za plecami słychać było „Polacken".
Przez następne miesiące w mieście przybywało brązowych mundurów. Młodzi mężczyźni maszerowali przez Rynek, śpiewając pieśni o sile, narodzie i odrodzeniu.
Roth pytał o miasto — o ulicę, o sklep, o czyjeś nazwisko nad drzwiami. Pytał jak ktoś, kto szuka pretekstu, żeby iść powoli.
Most w Samborowie stał do końca. Rosjanie przyszli w 1945 roku i rozebrali tory, ale mostu nie ruszyli.
Stefa słyszała, że w okolicach są jeszcze polskie dzieci — ciche, ostrożne, uczące się, kiedy mówić, a kiedy milczeć. Jak ona kiedyś. Jak Annalise Lewandowski.