Pani Schneider powiedziała: „Potrzebuję kogoś, kto umie liczyć." Przy niej człowiek stawał się cichszy — jakby coś ze mnie zostawało na progu.
Dom pani Rogall stał na skraju miasta. Przez lata niczym się nie wyróżniał. Teraz podobno czerwona lampa paliła się tam nawet w dzień.
Czwartego dnia poszli do Eldorado przy Nollendorfplatz. Ciężkie drzwi, małe stoliki, dym. Tej nocy Karl nie spał.
Więcej mężczyzn niż kobiet. Patrzyli na Karla otwarcie. Ważyli go, mierzyli, oceniali jak towar na targu.
Łosie najczęściej wychodzą wieczorem. Najpierw słychać parsknięcie — dopiero potem widać kark.
Käthe mówiła pewnie i patrzyła prosto w oczy.
Przed wejściem do pociągu Karl odwrócił się i pomachał. Stefa odpowiedziała mu dopiero wtedy, gdy już prawie zniknął.
Łóżko, stół, krzesło, szafa. Jedno okno na podwórze z lipą. Kurz na parapecie po poprzednim lokatorze.
Budynek główny Albertyny - wyślizgane schody, tablice z nazwiskami profesorów, popiersia. W auli światło spadało z góry, a kurz układał się w wąskie pasma. Profesor mówił szybko, tablica zapełniała się znakami.
Ulice pełne świateł i samochodów, restauracje pełne dymu. Kobiety z krótkimi włosami, mężczyźni w garniturach. Nikt tu nie pytał o ojca, o warsztat.
Po wyjeździe Karla dom na Kościelnej był tylko ich. Uczyli się siebie na nowo — powoli, bez pośpiechu, jak ludzie, którzy mają wreszcie czas.
Latem Stefa wychodziła nad jezioro. Miasto żyło swoim rytmem — jakby gdzie indziej nie było trudnych listów, donosów i pokojów, które nagle ucichły.
Mgły nad Pregołą przypominały mu mgły nad Drwęcą. Miasto było uporządkowane. Czyste.
Królewiec o trzeciej w nocy był prawie cichy. Karl oparł się o balustradę mostu i patrzył w dół. Pregoła płynęła czarna i wolna. Światło latarni leżało na wodzie długim żółtym pasem.