Była uderzająco kobieca — w sposobie siadania, w nachyleniu głowy. Ale za tą miękkością było coś twardego. „Najłatwiej się prowadzi takich, którzy myślą, że sami wszystko wiedzą" — powiedziała.
„Mamo, tu wszystko jest jasne. Rozkaz jest rozkazem. Człowiek wstaje, ćwiczy, uczy się, robi swoje. Nikt nie udaje, że życie to dyskusja."
Szedł kilka godzin sam. Dym opadł. Huk ucichł. Usiadł na skraju wzniesienia. Nie czuł dłoni. W ustach miał metaliczny smak powietrza.
„Wczoraj szliśmy przez wieś. Zostały cztery ściany i komin. Piec jeszcze ciepły. Ktoś gotował zupę. Nikt nic nie powiedział. Poszliśmy dalej."
„Najgorszy jest mróz. Nie strzały. Mróz wchodzi w ciało i nie chce wyjść. Człowiek zamarza od stóp. Buty twardnieją. Palce drętwieją. Rozum stygnie razem z ciałem."
Ostatni list wrócił z adnotacją podoficera: adresat nieznany.