Na Kościelnej wszystko było widać — każde wejście, każde wyjście, każde spojrzenie z naprzeciwka.
Cień wieży kościelnej wchodził każdego dnia do warsztatu. Franz urodził się w tym mieście — wszystko, co miał i co kochał, było spod tego nieba.
W drodze powrotnej weszła na chwilę do kościoła. Było pusto.
Kościelna miała inny rytm niż Dworcowa. Rankiem dzwony — najpierw katolicki, potem dwa ewangelickie — a między nimi wozy na Rynek.
Dom Franza stał bokiem do Rynku — stary, z czarną bramą po dawnych szewcach. Ulica była wąska i ciemna, światło dochodziło późno, odbijało się od kościelnej wieży.
Nowy Rynek miał swój rytm. W czwartki robiło się tam głośno. Stragany ustawiano w dwóch rzędach, zostawiając pośrodku przejście. Od jeziora ciągnął chłód i mieszał się z zapachem kapusty, ryby, końskiego potu i chleba z okolicznych wiosek.
Franz Nagraba, mistrz szewski, wdowiec, syn Paula — i Stefanie Kordalska, córka Józefa. Tak brzmiało w księdze parafialnej.
W powietrzu pachniało skórą i klejem. Blaty nosiły ślady wielu lat pracy, na ścianach wisiały szydła, cęgi i noże do skór.
Stukot młotka Karla, śmiech Emila, przesuwanie stołka — te odgłosy były jak bicie serca domu.
Nazajutrz weszli do Thiel & Döring — eleganckiego sklepu z ubraniami i galanterią. W środku pachniało nową tkaniną. Stefa czuła się tam nieswojo.
Najpierw zobaczyła kobiety prowadzące dzieci, potem furmanki przeładowane pościelą. Wszyscy szli w milczeniu, skuleni, z tobołkami na ramionach.
Nazajutrz miasto ogarnął chaos: puste sklepy, długie kolejki po wodę.
"Wiesz co ludzie mówią. Prusy są znane. Polska… nie wiadomo jaka będzie. Jeśli zagłosujesz inaczej niż większość – powiedział powoli – to się dowiedzą. To małe miasto. Mogą przestać przychodzić do warsztatu." (demonstracja proniemiecka na ostródzkim stadionie przed plebiscytem)
Nie pracowała już „u kogoś". Otwierała swoje drzwi, zapalała swoją lampę, wieszała łyżkę tam, gdzie chciała.
W kamienicach od podwórza otwierano okna na chwilę, żeby wypuścić parę po gotowaniu ziemniaków.
"W okopie zimno najbardziej, gdy człowiek zasypia sam" — pisał Franz z frontu, drobnym pismem na szarym papierze z pieczęcią „Feldpost".
"Stefciu, noc tu nie jest ciemna. Jest gęsta. W okopie potrafię siedzieć bez ruchu, bo kiedy zamknę oczy, widzę światło z naszej kuchni. To jedyne światło, jakie tu znam."
„Kiedy się modlę, widzę twoją dłoń, a kiedy dotykam bagnetu, czuję zapach twoich czarnych włosów. Tęsknię."
Na końcu objął Stefę tak, że zabrakło jej tchu. „Wracaj" — powiedziała. „Chcę wrócić, bardzo chcę — to wszystko, co mogę obiecać."
Stefa nosiła chłopca przy sobie prawie bez przerwy, jedną ręką mieszając w garnku, drugą trzymając go za rękę.
Mleko wydzielano, masła nie było. Stefa i pani Schneider pilnowały każdego kawałka chleba — najpierw należał się on dzieciom.
Zastała w warsztacie młodą kobietę, sprzedawczynię ze sklepu pani Marquard. – Nazywam się Anna Sobotka.
Na Nowym Rynku Franz zatrzymał się przed sklepem pani Marquard. „Tu wejdziesz sama — kobiety lepiej wybierają to bez mężczyzn."
Monika rosła powoli, Karl jeszcze wolniej — pani Schneider pilnowała, by dzieci były najedzone, a Stefa nie traciła sił na rzeczy zbędne.
Stała w progu z dziećmi i patrzyła, jak Franz odchodzi Kościelną w stronę dworca. Nie odwrócił się.