Lina pękła jak struna. Czasza runęła na bruk i zmiażdżyła go na miejscu. Jeden moment — stuk metalu o drewno.
Wczesną jesienią do domu Schneiderów przyszła nowa osoba. Stefa pchnęła drzwi sklepu, dzwonek zabrzęczał.
Kościelna miała inny rytm niż Dworcowa. Warsztat Paula Nagraby mieścił się w niskim domu przy tej ulicy.
Rób to, co do ciebie należy. Resztę zostaw Panu.
Lotte miała siedemnaście lat. Widziała śmierć ojca. Gdy później pytano, czy coś pamięta, mówiła: «nie wiem». Pamiętała wszystko.
Ludzie chętnie do niej mówili. Słuchała uważnie.
Głos miała cichy, ale zdania – proste i pewne.
Ulica była brukowana, twarda, z domami o czystych oknach i bramach mytych co sobotę.
W jednej z ceglastych kamienic urodziła się Lotte Schneider.
Mieszkanie Schneiderów było ciężkie i solidne. Kredens z ciemnego drewna zajmował prawie całą ścianę. Nad stołem wisiała mleczna lampa, przy oknie stała zielona sofa. Na ścianie tykał zegar.
Dalej droga wodna prowadziła jeszcze przez jeden kanał na większe jezioro. Przy jego brzegu, naprzeciwko plaży, leżała niewielka wyspa porośnięta drzewami, ciemna na tle jasnej wody.
Po plaży biegały dzieci, kobiety siedziały z haftem albo książką, mężczyźni czytali gazety.
Od tawerny ciągnęło smażoną rybą. Po południu zasiedli tam pod daszkiem. Zamówili smażone ryby, sok jabłkowy dla Lotte i piwo dla Franza. Słońce świeciło nisko nad wodą.
Ślub odbył się w pogodny wielkanocny poranek – najpierw w kościele ewangelickim, pachnącym świeżym tynkiem i farbą.
Kilka dni później poszły razem do magistratu. Budynek przy Schillera przytłaczał szerokimi schodami i ciężkimi drzwiami.
Przez pierwsze tygodnie po narodzinach Moniki w domu pomieszały się dni i noce. Płacz, karmienie, krótkie drzemki. Lotte wstawała do dziecka, choć ręce coraz częściej odmawiały posłuszeństwa.
Stefa spała na ławie w kuchni. Co parę godzin wstawała, sprawdzała dziecko, poprawiała kocyk, zaglądała do pieca.